Hardy Gravel 2025 003

Wspomnienie, do którego się wraca. Hardy Gravel 2025 - 355 km - debiuty! Mój debiut na takim dystansie, na debiucie organizatorów.

Piotr Wrotek @mi_wolno

Wstęp

Rok 2025 był dla mnie rokiem, w którym - po powrocie do roweru - zacząłem smakować gravela.

Przez „smakowanie” rozumiem cały proces: przesiadkę na rower gravelowy, pierwsze dłuższe wyjazdy i w końcu pierwsze podrygi na gravelowych eventach. Nie ma co ukrywać - popularność tej formy ścigania rośnie z roku na rok, a ja sam powoli, ale konsekwentnie, zacząłem łykać ten haczyk.

Gdzieś trzeba było zadebiutować! Obyło się bez wizyty u wróżki i bez wielogodzinnych analiz w Excelu. Hardy Gravel znalazł się dokładnie w tym punkcie, w którym przecięły się dwie rzeczy: dostępność w rodzinnym kalendarzu oraz moja gotowość do rywalizacji na dystansie wyraźnie dłuższym niż 100 kilometrów.

Przejdźmy jednak do głównego dania. Rok 2025 był debiutem nie tylko dla mnie, ale również dla samej imprezy. Już na starcie było widać, że organizatorzy - mimo że był to ich pierwszy raz - doskonale wiedzieli, z czym to wszystko się je. Dla uczestników upichcili trzy różne trasy, każdą z wyraźnie innym charakterem.

Najdłuższym dystansem był Krzyż i Topór - ponad 570 kilometrów. Czarna Brzanka wymagała przejechania około 100 km. Pomiędzy tymi skrajnościami znajdował się dystans Szydło i Miecz - około 350 kilometrów. I to właśnie na nim przyszło mi się zmierzyć z Hardym Gravelem. Dystans wystarczająco długi, by móc potem pochwalić się na Stravie czymś więcej niż kolejną „setką”, a jednocześnie na tyle rozsądny, by potraktować go jako debiut, bez rzucania się od razu na najgłębszą wodę.

Baza zawodów - Grand Chotowa

Start i meta znajdowały się w Grand Chotowa Hotel*** SPA & Resort. Miejscu idealnym na taką imprezę: hotel położony w środku lasu, nad wodą, z plażą, dobrą kuchnią i zapleczem, które zrobiło bardzo dobre wrażenie.

Przyjechałem dzień wcześniej z żoną i córką. One korzystały ze SPA i hotelowych atrakcji, ja w tym czasie ogarniałem rower - pakowałem, regulowałem i próbowałem uspokoić głowę. Wieczorem kolacja, a potem szybkie spanie - pobudka miała być bardzo wcześnie.

Dzień przed startem odbyła się odprawa techniczna i ognisko integracyjne. Kameralnie, bez tłumów, za to z dobrym jedzeniem, rozmowami i ludźmi, którzy naprawdę żyją rowerem. Byli organizatorzy, partnerzy i zawodnicy. Czuć było, że to impreza robiona przez ludzi, którzy sami jeżdżą ultra i wiedzą, czego potrzeba.

Poranek i start

Pobudka wcześnie, śniadanie już od 4:40 - hotel stanął na wysokości zadania i przygotował wczesne śniadanie dla startujących. Poranek spędzony w doborowym, dość elitarnym towarzystwie zawodników. Elitarnym o tyle, że wszyscy wyglądali na ludzi, którzy dobrowolnie przyszli o 4:40 rano gotowi zrobić sobie krzywdę. Kanapeczki, kawa i szybka wymiana uwag: kto jak się spakował, co zabrał, czego nie zabrał i czego na pewno zapomni.

Start o 6:00 rano. Przez szybkie ustawienie się na linii startu… wylądowałem w pierwszym rzędzie. Obok mnie m.in. Michał „Misiek” Górski oraz Bartek znany jako ultra.tataa (Instagram: @ultra.tataa). Serce biło szybciej, a głowa była pełna znaków zapytania.

Start był honorowy - pierwsze kilometry pokonywaliśmy za samochodem organizatora. Z perspektywy czasu: świetne rozwiązanie. Bezpiecznie, spokojnie, z możliwością rozgrzania się i złapania rytmu przed tym, co miało nadejść później.

Pogoda? Idealna.

Zapowiadało się bardzo ciepło i - co najważniejsze - bez deszczu. Sam poranek powitał jednak lekkim chłodem, więc na start założyłem cienkie rękawki, licząc się z tym, że szybko wylądują w kieszeni.

Pierwsze kilometry - bajka

Pierwsze fragmenty trasy były po prostu piękne. Szutry przez las, wąskie asfaltowe drogi między wsiami, mgiełki nad łąkami, świat budzący się do życia. Dla kogoś, kto normalnie wstaje późno - doświadczenie wyjątkowe.

Hardy Gravel 2025 004

Czołówka ruszyła bardzo ostro (kwestia perspektywy), ale wiedziałem, że to nie jest moje tempo. Ja w tym czasie mentalnie byłem na etapie: „dzień dobry, czy ja naprawdę już jadę?”. Miałem zamiar jechać swoje, na pulsometr, bez patrzenia na średnią. Tworzyły się małe grupki: dwu-, trzyosobowe, które co chwilę się zmieniały.

Trasa technicznie na tym etapie bardzo przyjazna. Zero problemów, świetnie narysowany ślad, wszystko przejezdne. Sklepy po drodze były, ale przez pierwsze 100 km kompletnie nie były potrzebne.

Wiślica i spotkanie z Mariuszem

W okolicach 112. kilometra, w Wiślicy, spotkałem Mariusza. Krótka rozmowa, szybki plan na gravelową randkę na rynku na hot-doga… który oczywiście się nie udał, bo każdy zatrzymał się w innym miejscu. Krążyłem po rynku, rozglądając się i zastanawiając: czy po prostu zatrzymał się w innej Żabce? Czy może uznał mnie za psychopatę i postanowił ratować się ucieczką, systematycznie zwiększając dystans. Co w ultra może być całkiem rozsądną reakcją obronną.

Prawda była gdzieś pośrodku. Mariusz zatrzymał się w innym miejscu, ale jego „bufet” zajął znacznie mniej czasu i był już kawałek przede mną.

Złapałem go kilka kilometrów dalej i od tego momentu jechaliśmy razem aż do samej mety. Rozmowa była - i owszem - całkiem konkretna. Na tyle sensowna, że Mariusz chyba sam doszedł do wniosku, iż ma do czynienia z w miarę zrównoważonym i stabilnym emocjonalnie człowiekiem. Choć, umówmy się, trudno mówić o pełnej stabilności emocjonalnej na takich imprezach.

Trudniejsze fragmenty i… zgubiona lampka

Cały czas jechało mi się bardzo dobrze. Pogoda była wręcz wymarzona do takiej jazdy, choć słońce powoli zaczynało wysysać energię. Po Wiślicy trasa zaczęła się robić bardziej „urozmaicona”. Nad Nidą pojawiło się coś, co w kolarskiej nomenklaturze można by nazwać po prostu ujebami. Fragment krótki, ale wspominany przez wielu w sposób słodko-gorzki.

To są takie odcinki, na których mleko waży się w oponach. Podczas jazdy klnie się na nie jak szewc, ale z perspektywy czasu właśnie takie fragmenty zapadają w pamięć najmocniej. Żeby jednak było jasne: ten odcinek był naprawdę krótki. Nie chciałbym, żeby ilość tekstu poświęcona temu miejscu sugerowała, że były to dziesiątki kilometrów mordęgi.

Co trzeba oddać - mimo bardziej wyboistego podłoża widokowo było bardzo przyjemnie. Wijąca się rzeczka cieszyła oko, a ja momentami zazdrościłem ludziom w kajakach, którzy leniwie moczyli stopy w wodzie. Z każdym kilometrem trasa stawała się coraz piękniejsza. Dojrzewała. Sporadyczne, nudniejsze momenty - których było niewiele - szybko wynagradzane były jasnymi, „białymi” szutrami, lasami, sadami i naprawdę świetnymi widokami. Dodatkowo po drodze spotykaliśmy niesamowitych ludzi: spontaniczny punkt z lemoniadą.

I wtedy, na jednym ze zjazdów po lekkich wertepach… zgubiłem przednią lampkę. Trzeba dodać - moją jedyną lampkę. Zorientowałem się dopiero po kilku kilometrach. To był ten moment, w którym człowiek przechodzi przez wszystkie etapy żałoby w mniej więcej dwie minuty. Powrót nie miał sensu; oznaczałby przeczesywanie trasy z aptekarską dokładnością, bez żadnej gwarancji powodzenia.

Plan A zakładał dojazd do pit stopu w Szydłowie, na około 240. kilometrze, i dopiero tam przemyślenie, co dalej. Plan B - jazda nocą „na kole” Mariusza, który na szczęście lampkę miał.

Hardy Gravel 2025 002

Pitstop w Szydłowie - punkt zwrotny

Pit stop w Szydłowie był absolutnym sztosem. Petardą - jak to mawiają starzy gravelowcy. Zlokalizowany w piwnicach zamku, z ciepłym jedzeniem, zapasem przekąsek, napojami i osobnym pomieszczeniem z materacami do spania. To nie był mały, rozkładany, turystyczny stolik z kilkoma kilogramami ciastek z Biedronki. To był pit stop na pełnym wypasie, klimatycznie i idealnie wpisany w motyw przewodni trasy.

Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie, więc nie powinno dziwić, że spędziliśmy tam prawie godzinę. Jedzenie, odpoczynek, przebranie się w cieplejsze rzeczy. Wiedzieliśmy, że wyjedziemy już po zmroku.


I wtedy wydarzyło się coś, co idealnie pokazuje ducha takich imprez. Misiek Górski, najwyraźniej zmęczony moim marudzeniem o zgubionej lampce, postanowił mnie… oświecić. Pożyczył mi swoją zapasową lampkę, ryzykując własny wyścig. Gdyby jego główna lampka padła - byłby DNF. Szacunek.

Hardy Gravel 2025 005

Noc, cisza i decyzja: jedziemy do końca

Z Szydłowa ruszyliśmy, gdy było już całkiem ciemno. Lampki od razu poszły w ruch. Mój pierwotny plan zakładał możliwość noclegu w okolicach Połańca - numery telefonów zapisane na kartce, plan awaryjny gotowy.

Ale jadąc z Mariuszem, czując że tempo jest równe, a pogoda sprzyja, zapadła decyzja: jedziemy do mety bez noclegu.

Noc była ciepła i sucha. Widoków niewiele - było po prostu ciemno. Zresztą nawet gdyby słońce stało w zenicie, pewnie i tak bym ich nie docenił. Byłem już zwyczajnie zmęczony.

Bunkrów nie było, ale było coś innego - cisza. Jazda ramię w ramię, bez rozmów. Czasem tak jest najprościej. Czasem uznajemy, że milczenie jest najbardziej energooszczędną formą komunikacji. Fajnie jest znaleźć na trasie takiego partnera, z którym można po prostu wspólnie pomilczeć, słuchając jedynie pracy napędu i szumu opon.

Końcówka zawsze jest trudna. Mam wrażenie, że głowa, która wie, że meta jest już blisko, uruchamia te same mechanizmy, które u rozbitków na tratwie odcinają prąd. Organizm dostaje sygnał: jest bezpiecznie, możesz wyluzować. Ostatnie kilometry były chyba najwolniejszymi w moim życiu. Dwa razy pomylona trasa, kolana wołające o pomoc. Cała orkiestra znaków, że koniec jest bliski.

Meta i podsumowanie

Na metę dotarliśmy bardzo późno w nocy. Ciepły posiłek, gratulacje i pełna obsługa - wszystko było na miejscu. Około 4:00 rano dotarłem do pokoju, szybki prysznic i upragniony sen.

Technicznie trasa nie stawiała poprzeczki bardzo wysoko, za to sprawiła mnóstwo frajdy. Jedyne, czego trochę żałuję, to fakt, że ostatnie 100 kilometrów przejechałem po ciemku. Analizując trasę wcześniej widziałem tam kilka ciekawych fragmentów i segmentów, które aż prosiły się o jazdę za dnia. Jednocześnie trasa sprawiała wrażenie pogodoodpornej - przy słonecznej aurze była przyjemna, ale nie wyglądała też na taką, która w deszczu mogłaby sprawić poważne problemy.

Podsumowując: trasa była świetnie poprowadzona, pełna gravelowych smaczków, a sam ślad GPX pozbawiony jakichkolwiek bolączek. Czuć i widać było, że całość została wielokrotnie objechana i dopracowana w szczegółach.

Organizacyjnie - piątka z plusem. Trudno uwierzyć, że dla ekipy Hardego Gravela był to organizacyjny debiut. Kiedyś o dobrych grach mówiło się, że mają dużą „miodność”. Tutaj ta miodność była bardzo wysoka: miejsce startu i mety, hotel w Chotowej, trasa i pit stopy złożyły się w spójną, przemyślaną całość.

W czerwcu 2026 roku odbędzie się druga edycja Hardego. Trudno o lepszą rekomendację z mojej strony niż fakt, że jestem zapisany i opłacony od kilku ładnych tygodni. Motywem przewodnim kolejnej edycji będzie Noc Kupały, a całość ma mocno nawiązywać do mitologii i wierzeń słowiańskich. Najdłuższa trasa licząca 600 km będzie nazywać się Swaróg. Pozostałe nazwy to: Mokosz, Leszy i Jurny. Podoba mi się to, że - jak w dobrym albumie muzycznym - cała impreza oparta jest o spójny koncept, a wszystkie elementy w jakiś sposób do niego nawiązują.

Wyniki: https://hardygravel.cc/wyniki-rajdu/szydlo-i-miecz-2025/

Trzymam kciuki za organizacyjny sukces w 2026 roku. Widzimy się w Chotowej.

Relacja na YT

Zdjęcia: hardygravel.cc